[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 

 

 

 

Kasey Michaels

,,A potem ślub”

 

Z angielskiego przełożyła Anna Wojtaszczyk

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Michelowi Seidickowi i jego żonie Susan,

dwóm połówkom, które tworzą idealną całość.

 

 

 

 

 

 

 

 

Kiedy przysięga, iż z prawdy jest cała,

Wierzę jej chętnie, choć wiem, że mi kłamie.

 

- William Szekspir (przeł. Jerzy S. Sito)

 

 

 

 

 

 

Miły Czytelniku!

Moi przyjaciele od dawna ostrzegali mnie, że jestem stanowczo za bardzo ciekawy, by mi to wyszło na zdrowie, no ale ci sami ludzie przysięgali również, że nigdy się nie ożenią... i proszę, książę Bramwell Seaton nosi okowy małżeńskie ze szczęściem w oczach i ma dwójkę malców w pokoju dziecinnym, a wicehrabia Kipp Rutland plącze się gdzieś po świecie podczas miesiąca miodowego. Zamiast litować się nad nimi, nie odczuwam chyba nic poza zazdrością! Najprawdopodobniej musiałem oszaleć.

Bo jak inaczej mógłbym wyjaśnić moje zafascynowanie Reginą Bliss? Od czasu, kiedy Kipp trafił na tę zakłamaną kokietkę, żebrzącą na ulicy, nie schodzi mi ona z myśli. I to właśnie zainteresowanie przeszłością panny Bliss doprowadziło do tego, że trzej mężczyźni, których obecnie tropię, wykorzystując przy tym wszelkie dostępne mi środki, związali mnie jak barana, wrzucili do Tamizy i zostawili na pewną śmierć.

Nieczęsto się zdarza, żeby człowiek był naocznym świadkiem swojego pogrzebu. Ale poszukując moich niedoszłych zabójców, zamierzam podawać się za własnego spadkobiercę - pretensjonalnego dandysa, kompletne moje przeciwieństwo. A jeżeli do osiągnięcia tego celu potrzebne będą znaczne talenta aktorskie panny Bliss, przystanę i na to.

Ta dziewczyna może być moją potajemną bronią... jeżeli całkowicie niestosowne pożądanie, jakie odczuwam do niej, nic doprowadzi mnie wcześniej do zguby!

Brady James, hrabia Singleton

 

 

 

 

 

1

 

-              Znudzony, Brady, stary przyjacielu? - zapytał Bramwell Seaton, książę Selbourne, sprzątnąwszy mijającemu ich służącemu dwa kieliszki z tacy. Podał jeden przyjacielowi, który w tej chwili opierał się o marmurowy filar w przegrzanej sali balowej i zakrywszy usta dłonią, usiłował powstrzymać się od ziewania.

-              Najwyraźniej nie trzymałeś ręki na pulsie, Bram. Ponad rok temu przekroczyłem już granice znudzenia - odrzekł Brady James, hrabia Singleton, Z wdzięcznością przyjmując kieliszek. - Stan, który masz teraz przed oczami, można określić mianem „otępiały". Niemalże zmumifikowany. Proszę, wytłumacz mi raz jeszcze, dlaczego towarzystwo z wyższych sfer uważa takie popisywanie się bogactwem za konieczne.

Bram pociągnął łyk wina i uśmiechnął się na widok swojej ślicznej żony, tańczącej walca w ramionach pewnego oficera. Wyraz twarzy tego ostatniego informował wszystkich bez wyjątku, że oficer właśnie umarł i dostał się do raju.

-              Przecież dokładnie o to tutaj chodzi, Brady. O popisywanie się bogactwem. „Patrzcie na mnie wszyscy, na moim balu jest więcej cieplarnianych kwiatów, niż było u lady Jak-jej-tam. Patrzcie na mnie wszyscy, ja mam więcej diamentów w diademie. Patrzcie na mnie wszyscy, mogę sobie pozwolić na to, by najlepszy krawiec spowijał moje korpulentne wdzięki w najwspanialsze jedwabie. Patrzcie na mnie, patrzcie na mnie. Patrzcie, proszę, wszyscy na mnie".

-              Twoja Sophie wcale się tak nie zachowuje - zwrócił mu uwagę Brady i pokiwał ręką do księżnej Selbourne, która akurat wesoło machała do niego okrytymi rękawiczką paluszkami. - Dobrze się bawi niezależnie od tego, gdzie się znajduje. - Odepchnął się do filara i ironicznie skrzywił. -Chcę powiedzieć, że ona chyba cię lubi.

-              Pozwól, że cię poprawię, przyjacielu. Sophie mnie ubóstwia. Powtarza mi to na tyle często, że jej zapewnienia powstrzymują mnie od dokładniejszego zastanawiania się nad chwilami, kiedy bynajmniej mnie nie ubóstwia.

-              Nauczyła się już rzucać bardziej celnie? - zapytał Brady, kiedy obydwaj kierowali się do sąsiedniej sali, gdzie, jak miał nadzieję hrabia, uda im się znaleźć jakiś spokojny kąt i rozegrać partyjkę kart.

-              Na całe szczęście, nie. Chociaż zawsze ma mi trochę za złe, kiedy schodzę z linii strzału. Dużo bardziej byłaby zadowolona, żebym złapał to, czym rzuca. Pamiętasz tę przeokropną wazę, którą Prinny ofiarował nam w prezencie ślubnym? Tę wielką, niebieską, z gołymi nimfami i rozbrykanymi centaurami? Zupełnie nie udało mi się jej złapać, gdy leciała w moim kierunku, a działo się to w dzień, kiedy zapomniałem pokazać się na popołudniowej herbatce, którą Sophie wydawała dla lady Sefton. Ależ ta waza narobiła nieporządku, powiadam ci. Rozleciała się na tysiąc kawałków.

-              Kiedyś pewnie wywarłaby zły wpływ na twoje dzieci -uśmiechnął się Brady. - Przyjrzałem się jej bacznie któregoś wieczora, kiedy czekałem, aż pojawicie się z Sophie. Jestem głęboko przekonany, że kilkoro z tych rozbrykanych nimf i centaurów... kopulowało ze sobą.

Bram odpowiedział mu uśmiechem.

-              Próbowałem zwrócić Sophie uwagę na ten fakt, ale powiedziała, że po prostu bardzo przyjaźnie się zachowują. Natomiast prawdą jest, że kiedy szukała, czym by tu we mnie cisnąć, przeszła niemal przez cały pokój, by wybrać tę właśnie wazę, więc sądzę, że o tym wiedziała. Nawiasem mówiąc, Sophie znalazła dla ciebie jeszcze jedną.

-              Jeszcze jedną wazę? Na miłość boską, po cóż mi coś takiego? Proszę cię tylko, nie mów mi, że zapomniałem się do tego stopnia, by to cholerstwo pochwalić. Cechą charakterystyczną naszego drogiego księcia regenta jest portfel godny nędzarza oraz gust i wytworność godne burdelmamy.

-              Nie, wcale nie chodzi o wazę, jak dobrze sam wiesz, tylko o następną przedstawicielkę płci pięknej. Jak mi się zdaje, nazywa się ona panna Sutton. Dobra rodzina, słodka panienka, bardzo potulna.

-              Miej mnie w opiece, dobry Panie Boże - mruknął Brady, potrząsając głową. - W tym tygodniu byłaby to już czwarta, a przysięgam, Bram, że tej ostatniej nie wyrżnęły się jeszcze stale zęby. Stanowczo nie powinienem był mówić Sophie, że czuję się trochę poza nawiasem, od kiedy ty i Sophie, i Kipp, i Abby, i jak się zdaje cała reszta moich przyjaciół, jesteście tacy szczęśliwy, tacy... tacy żonaci.

-              Odpręż się, mały sezon wkrótce się skończy i już niedługo będziesz mógł uciec na wieś.

Brady rozejrzał się po pokoju karcianym, zobaczył, że wszystkie miejsca są zajęte. Ale i tak nie miał wielkiej ochoty grać o banalne stawki, na które pozwalała pani domu.

-              Może całkiem niedługo, Bram - powiedział, okręcając się na pięcie. - Ale niezależnie od tego, czy wyjadę, czy zostanę, postanowiłem teraz uciec z tego nudnego balu, zanim Sophie ubierze mnie w pannę Sutton. Wpadnę jutro, żeby przeprosić twoją kochaną, wścibską żoneczkę.

-              Tylko żebyś nie zapomniał - zawołał za nim Bram. -A ponieważ jestem twoim dobrym przyjacielem, nie uprzedzę jej. Gdybym to zrobił, to już widzę siebie, jak pomagam zabawiać pannę Sutton przed twoim przyjściem. Czy myślisz, że spodobałaby jej się podniecająca partyjka chińczyka?

Chichocząc pod nosem, Brady utorował sobie drogę do pani domu, życzył jej miłego wieczoru, zabrał kapelusz, rękawiczki, laseczkę i pelerynę i wyszedł na szeroki marmurowy ganek.

W dosyć jaskrawym świetle pochodni, przymocowanych do fasady po obu stronach drzwi, robił całkiem przystojne wrażenie. Wzrostu miał ponad sześć stóp, zbudowany był jak człowiek, który lubi wysiłek fizyczny; cylinder nasadził sobie na brązowe włosy trochę na bakier, tak że ocieniał on bystre, brązowe oczy. Opalona cera kontrastowała pięknie z czystą bielą koszuli i czarnym jak heban, wieczorowym strojem oraz peleryną.

Głęboko zaczerpnął powietrza, którego w Londynie nigdy nie można było określić mianem balsamicznego, wciągnął rękawiczki i wsunął sobie laseczkę pod pachę. Nie minęła jeszcze północ, a to oznaczało, że niektóre obszary modnego Mayfair dopiero teraz się ożywiały; wyczuwał otaczające go podniecenie. Podniecenie, którego sam niestety nie podzielał, ponieważ jakoś przestał go pociągać wir życia towarzyskiego.

Ale jeżeli nie życie towarzyskie, to co? Chwilowo nie było wojny, na której mógłby się bić. Nie huczało od żadnego skandalu, chociaż w każdej chwili można było się czegoś takiego spodziewać, bo przecież był w Londynie. Nawet rząd wydawał się działać gładko, co samo w sobie było osobliwe, ale tylko dodatkowo przypomniało hrabiemu, że jeżeli chce coś zrobić, to może odwiedzić swojego krawca albo pograć w karty w jakiejś spelunce, i właściwie na tym koniec. Zostało bardzo niewiele rzeczy, na które miałby ochotę.

A gdyby tak wyjechał z miasta i wrócił do swojego majątku w Sussex? Mógłby oddać się bez reszty przejażdżkom konnym po polach i sprawdzaniu ksiąg majątkowych, a długie, spokojne wieczory spędzać z banieczką brandy przy kominku, patrząc, jak ukochane psy śpią przed ogniem.

Zanotował sobie w pamięci, że musi kazać komuś poszukać jakichś psów. Najlepiej wielkich, takich, co to chętnie wywieszają języki i układają się człowiekowi do snu na stopach.

Ale przede wszystkim musi uporządkować myśli. Rzucił monetę w kierunku najbliższego lokaja i polecił mu znaleźć w tłumie powozów, stojących przy Berkeley Square, swojego  stangreta i poinformować go, że pan trafi tego wieczora do domu sam.

Jak na tak późną jesień powietrze było ciepłe, strzępy mgły pętały się hrabiemu w okolicy stóp, a peleryna tak naprawdę okazała się niepotrzebna. Za pomocą laseczki zręcznie odrzucił ją do tyłu, drapując końce na ramionach i ujawniając wspaniały krój wieczorowego stroju, po czym ruszył w kierunku swojej rezydencji przy Portman Square.

Na ulicach wciąż jeszcze gęsto było od ludzi, jako że przedstawiciele wyższych sfer spieszyli w różne strony, a jezdnie przepełnione były powozami, które albo całymi stadami gdzieś jechały, albo stały wszędzie, gdzie tylko się dało, w oczekiwaniu na właścicieli. Jak zwykle przenikliwa woń nawozu końskiego brała górę nad ekstraktem emanującym z arystokratycznych, naperfumowanych, często niedomytych ciał dam i dżentelmenów, udających się na jeszcze jedno przyjęcie, na jeszcze jeden bal.

Dopiero kiedy Brady minął kilka przecznic, znalazł w końcu odrobinę miłej mu samotności. Cieszył się nocą, jej odgłosami, zapachem, gęstniejącą już teraz, głuszącą wszelkie odgłosy mgłą oraz posmakiem niebezpieczeństwa, który zawsze dawał się wyczuwać w londyńskim powietrzu nawet tutaj, w wyrafinowanej atmosferze Mayfair.

Pomyślał o swoich przyjaciołach i uśmiechnął się w ciemności. Bram i jego zachwycająca Sophie, rodzice już dwójki malców, a w oczywisty sposób nadal kochankowie. Kip Rutland, wicehrabia Willoughby, i jego młoda żona, Abby, którzy wyjechali z Londynu do majątków Willoughbych na przeciągający się miesiąc miodowy. I rozesłali liściki do Brama, Brady'ego i innych, dziękując im serdecznie za to, że ich nie odwiedzają.

Trzech zatwardziałych kawalerów, a dwóch z nich już po ślubie; patrząc na szczęście przyjaciół, Brady czuł się bardzo samotny i bardzo poza nawiasem. Prawda, że sam wcale nie tęsknił za żoną, nie potrzebował żony, nie potrafił też sobie nawet wyobrazić, jak huśta na kolanie zaślinionego niemowlaka.

Skończył właśnie trzydzieści łat, był za młody, za dobrze się bawił... bawił? Nudził się. Niech to wszyscy diabli, nudził się.

To musiała być nuda. Bo w przeciwnym razie czemu traciłbym czas na uganianie się po zabitej deskami wiosze w rodzaju Little Woodcote w głupim przekonaniu, że uda mi się tam odkryć jakąś informację, dotyczącą samotnego dziewczątka, które Kipp i Abby ostatnio zabrali do siebie z londyńskiej ulicy?

-              Ponieważ skłamała - wypowiedział te słowa na głos, skręcając znowu za róg i nadal wędrując bez celu, troszkę poirytowany, jako że sekrety Reginy Bliss były nadal bezpieczne, a podróż okazała się całkowicie daremna. - Ponieważ ma przedziwny zwyczaj patrzeć przez człowieka tymi cudownymi, szarymi oczami, jakby go wcale nie widziała. Ponieważ jest piękna i nie potrafisz pozbyć się z pamięci jej twarzy. Ponieważ nie potrafisz znieść niczyich sekretów. I, przyznaj się, człowieku, ponieważ nie zostało ci nic innego do zrobienia. Absolutnie, kompletnie nic, poza tym jednym: pojechać i dowiedzieć się, czemu to jakaś panna służąca niemal po mistrzowsku opanowała język angielski i posługuje się nim po to, by łgać jak najęta.

Brady skrzywił się, zażenowany, że sam do siebie mówi, i rozejrzał się w nadziei, że nikt go nie usłyszał.

-              A niech mnie cholera - mruknął zadziwiony brakiem ludzi, dorożek, powozów, po czym zauważył, że mgła z romantycznej zmieniła się groźną, i wymierzył sobie w myśli celnego kopniaka.

Tak to się kończy, jak się człowiek włóczy bez celu. Zabłądził.

Przystanął w nadziei, że jakoś uda mu się rozeznać się w tej mgle, i przymknął oczy, starając się przypomnieć sobie trasę wędrówki. Kiedy wyszedł z Berkeley Square, skręcił na północ. Minął kilka przecznic, potem skręcił na zachód i skierował się, ogólnie rzecz biorąc, w stronę Portland Square. Tylko że powinien był skręcić na północ o kilka przecznic wcześniej.

Cholera! Niech to diabli! Powinien był dojść tylko do parku i trzymać się głównych ulic. Tak właśnie powinien był zrobić. Ale w głównych ulicach nie podobało mu się właśnie to, że były główne, że tam gromadzili się arystokraci, ich powozy, cały ten zgiełk i nawet koński nawóz. A on pragnął ciszy i spokoju. Chciał być sam.

I udało mu się to, bez dwóch zdań.

Odrzucił poły peleryny jeszcze dalej, żeby mieć wolne ręce, i ujął laseczkę za główkę; pewności dodawała mu świadomość, że w tym dekoracyjnym przedmiocie pod hebanową otoczką ukryty jest rapier.

Nie tyle obawiał się ataku, ile raczej nie miał ochoty, by następnego ranka ktoś znalazł go w rynsztoku i rozgłosił wszem i wobec, że Brady był na tyle głupi, iż dał się obrabować na samym środku Mayfair. Prawda, że ktoś mógłby uznać przyczynę jego zmartwienia za nierozsądną, że płeć słaba nigdy by jej nie zdołała pojąć. Ale nie to go gnębiło, że trafi na jakichś korzystających z okazji rzezimieszków; pragnął tylko, by nikt nie dowiedział się, że jest z niego taki ciołek, iż niechcący sam wdepnął w niebezpieczeństwo.

Skupił uwagę na otoczeniu, nasłuchując, czy zza rogu nie dochodzi jakiś lekki odgłos, jakieś kaszlnięcie. Zawrócił, by po własnych śladach dotrzeć na bardziej zaludnioną ulicę.

-              Teraz!

Na to ochryple wyszeptane słowo, które wydawało się dochodzić zewsząd i znikąd - diabli nadali tę mgłę! - Brady okręcił się jak fryga, ostrze już błyskało w słabym, żółtawym świetle dalekiej latarni ulicznej. Przygotowując się do walki, ugiął nogi w kolanach, by równo rozłożyć ciężar, i uniósł w górę rapier oraz - dla równowagi - drugą rękę.

Nic. Nikogo tam nie było. Nic, tylko noc i mgła, i jego przepracowana wyobraźnia.

To już przekraczało wszelkie granice. Najpierw sam do siebie gada. A teraz zaczyna słyszeć głosy. Poczuł się jak ostatni głupek; przyszło mu na myśl, że może zmienia się w znerwicowaną starą babę. Zaczął pochylać się, by podnieść osłonkę rapieru, i kontynuował pochylanie, dopóki nie trafił twarzą w mokry bruk - pod ciosem pałki, która grzmotnęła go w ramię.

Zmaltretowany, krwawiący nos piekielnie zabolał, ale Brady otrząsnął się po mocnym uderzeniu i szybko przeturlał się na lewo w nadziei, że uda mu się wstać.

Zdążył się podnieść na kolana, zanim następny cios złamał mu prawą rękę - czuł, jak pęka. Słyszał to. Rapier wypadł mu z nagle odrętwiałej dłoni.

-              Sukinsyn! - zawołał, ponownie podnosząc się na kolana. Zaparł się lewą ręką o bruk, by dźwignąć się na nogi. Bezwzględnie chciał zobaczyć przynajmniej twarz napastnika.

Napastników. Było ich trzech, wszyscy zamaskowani, każdy trzymał paskudnie wyglądającą palkę. A zanim spadła na niego istna ulewa ciosów i świadomość zaczęła przygasać, umysł Brady'ego zdążył jeszcze zarejestrować, że są to najlepiej ubrani złodzieje uliczni, jakich kiedykolwiek widział.

Następna refleksja, jaka przyszła Brady'emu do głowy, kiedy znowu udało mu się coś pomyśleć, była następująca: jeżeli jeszcze nie umarł, śmierć przyjdzie w ciągu najbliższych kilku minut. A pomyślał tak, ponieważ czuł, że spowija go workowe płótno. Czuł zapach gnijących jarzyn, które ktoś trzymał w tym worku, zanim wetknięto tam jego, a worek otulał go jak jakieś bardzo niegościnne łono.

Czuł kołysanie pojazdu, który turkotał po ulicach. Miejscowi rabusie zabiliby go, zabrali mu portfel, niewykluczone, że zdarli z niego cenne ubranie, a potem zostawili ciało w rynsztoku - a wszystko to nie trwałoby dłużej niż minutę. Tu musi chodzić o coś innego. Gdzieś go wieźli. Nie rokowało to dobrze. W żaden sposób nie mogło rokować dobrze.

Brady niemal przegryzł sobie wargę na wylot, kiedy para butów, którą ktoś oparł o niego, jakby był jakimś podnóżkiem w ludzkiej postaci, uniosła się na chwilę, a potem wbiła mu się obcasem w bok; raz, drugi, trzeci. Miał wrażenie, że zadano mu ten gwałt niemal bezwiednie, w sposób typowy dla człowieka, który ma zwyczaj wyrządzać komuś krzywdę tylko dlatego, że może ją wyrządzić.

Leżał bardzo spokojnie w nadziei, że prześladowca straci zainteresowanie ofiarą, która nie jęczy, nie krzyczy, nie usiłuje odpłacić pięknym za nadobne. Boże, jak to bolało. Wszystko go bolało. Żołądek mu się niemal przewracał od mdlącego bólu połamanych kości, od przeszywającego bólu Igłowy. Ile razy oni go uderzyli? Czy Cezar wytrzymał tuzin dźgnięć sztyletem? Czy one bolałyby mniej niż uderzenia tych trzech brutalnych palek?

-              Poruszył się. O Boże, on się poruszył - zabrzmiał gdzieś w górze jakiś głos.

Ten sam but wbił się w plecy Brady'ego. Raz. Drugi.

-              Nie bądź taką babą. To tylko powóz się porusza. On nie żyje.

-              A jeżeli nawet żyje, to umrze za parę minut - dodał trzeci głos. A może to znowu odezwał się ten pierwszy? Brady nie potrafił powiedzieć. Grube płótno workowe pozwalało wychwytywać tylko po kilka słów z tego, co mówili, a żaden nie mówił wiele.

Przynajmniej nie pojadali bułeczek i nie popijali herbatki, wioząc go tam, gdzie go wieźli. To byłoby upokarzające, czyż nie?

Brady'ego zaczynał ogarniać wisielczy humor, zdawał sobie z tego sprawę. Nie mógł się poruszyć. Przez ten ból. Przez ten ciasno zawiązany worek. Przez to, że mógłby wtedy dostać kopniaka, a tego z pewnością nie pragnął.

Powóz skręcił na dużo bardziej wyboistą drogę, taką, której na pewno nie brukowano od co najmniej dziesięciu lat, potem zwolnił i się zatrzymał.

Brady słyszał krzyki mew, czuł zapach mętnych wód Tamizy... i już wiedział. Sprawy nie miały potoczyć się ani trochę lepiej dla niego. Miały potoczyć się dużo gorzej. Ale dla-czego? Dlaczego?

Otworzyły się drzwiczki, chwyciły go czyjeś ręce. Brady słyszał podzwanianie ciężkich łańcuchów, kiedy na wpół wynoszono go, a na wpół wywlekano z powozu i bezceremonialnie rzucano na ziemię. Usilnie starał się nie stracić przytomności, chociaż przeszył go taki ból, że skłonny był modlić się o błogosławione omdlenie. Musieli mu chyba połowę kości połamać.

-              Czy to wystarczający ciężar, jak sądzicie? Dałoby się pewnie gdzieś znaleźć jeszcze więcej łańcuchów. Nie chcielibyśmy, żeby nam wypłynął.

-              Och, prędzej czy później wypłynie. Po tym, jak ryby uporają się z workiem i trochę go poskubią. No, do roboty. Jednego wścibskiego sukinsyna mniej, a wciąż jeszcze starczy nam czasu na parę partyjek faraona.

To była prawda. Wszystko, co sobie myślał, było prawdą. Te sukinsyny miały go zamiar utopić. Co gorsza, miały go zamiar utopić, a potem pojechać na karty.

Brady spróbował wierzgać nogami, zwinął się wpół w grubym worku. Daremna to była działalność, bolesna, ale konieczna, ponieważ niech go cholera weźmie, jeżeli pozwoli im się utopić, pozwoli im się zabić, nie podejmując walki, jeżeli pozwoli, by wrzucili go do Tamizy jak jakiegoś niechcianego szczeniaka.

Po celnym kopniaku w głowę zadzwoniło mu w uszach; kopniak przypomniał mu, że szarpiąc się, straci tylko siły i może dorobić się następnego okaleczenia. Nie chciał, żeby wrzucili go do wody, to było pewne, ale jeszcze bardziej nie chciał, żeby go wrzucili tam nieprzytomnego.

Tak więc jęknął raz - nie musiał udawać, że jęczy szczerze -i z rozmysłem opadł bezwładnie. W chwilę później napastnicy podnieśli go, podzwaniając przy tym łańcuchami - wszystkie kości i mięśnie Brady'ego rozwrzeszczały się w milczącym proteście - a potem upuścili z wysokości do najmniej czterech stóp na dno czegoś, co musiało być małą łódką.

Boże. Naprawdę do tego doszło. Był kompletnie bezsilny. Napastnicy wiosłowali na środek Tamizy i tam zamierzali go wyrzucić za burtę. Żeby umarł. Na miłość boską - żeby umarł. Żeby poczuł, jak zimna woda zamyka mu się nad głową, żeby poczuł, jak ciężar ciągnie go na dno, żeby wstrzymywał oddech, aż w głowie mu zacznie huczeć, a w płucach palić.

Żeby w końcu poddał się niemożliwemu do opanowania pragnieniu zaczerpnięcia oddechu.

I do tego nie mając pojęcia, nie wiedząc, dlaczego ani kto. To było nawet gorsze od śmierci. To, że nie wiedział.

Brady podniósł powieki, uświadomiwszy sobie w końcu, że szczelnie je wcześniej zacisnął. Płótno workowe było na tyle rzadko tkane, że mógł oddychać przez śmierdzący zjeł-czałym tłuszczem materiał, a nawet widzieć światło małej latarni, która wisiała na dziobie łódki. Ale nie mógł zobaczyć zabójców; nie mógł zobaczyć ich twarzy.

Tańczył. Dwie godziny temu tańczył. Godzinę temu rozmawiał z Bramem, żartował z Bramem. Godzinę temu się nudził.

Teraz się nie nudził. Dobry Boże, teraz się nie nudził.

-              Starczy już - usłyszał głos jednego z mężczyzn; potem usłyszał, jak podnoszą wiosła, usłyszał, jak woda chlupie o burty łodzi. To było to. To naprawdę już koniec. Właśnie tutaj miał umrzeć.

Zalała go fala rozpaczy i pokonała, nie pozwalając dłużej bronić się przed dręczącym bólem, uświadamiając, że znikąd nie może spodziewać się pomocy, że w żaden sposób nie uda mu się uniknąć losu, który zgotowali mu trzej obcy.

Umrze. Zjedzą go ryby. I tylko kilku przyjaciół będzie płakało. Żadnej rodziny, żadnych spadkobierców, żadnej wdowy. Żadnego nawet lojalnego psa. Została już tylko elegancka ceremonia - jeżeli znajdą jego ciało - dobrze przygotowany, uroczysty lunch po pochówku, a potem wszyscy rozjadą się do własnych rodzin, wrócą do swego życia.

Przeżył trzydzieści lat i nic po nim nie zostanie. Ta wiedza wstrząsnęła Bradym i oburzyła go.

I wtedy się wściekł.

Ciało miał pogruchotane, duszę w strzępach, jego osoba wetknięta została do śmierdzącego worka, owinięta łańcuchami, czekał go już tylko podwodny grób, a tu Brady James, który już niedługo miał zostać świętej pamięci hrabią Singleton, po prostu rzetelnie się wściekł.

Na wpół go podnieśli, na wpół podtoczyli; Brady poczuł, jak przerzucają ...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • diakoniaslowa.pev.pl